Są takie filmy, które nie potrzebują super efektów specjalnych żeby zrobić na widzu wrażenie. Wystarczy mocna historia, świetne aktorstwo i temat, który zostaje w głowie długo po napisach końcowych. „Morderstwo pierwszego stopnia” (Murder in the First Francja, USA 1995) Marca Rocco to bardzo dobre kino sądowe, ale również przejmujący dramat o tym, jak łatwo system może odebrać człowiekowi godność.
Henri Young trafia do Alcatraz za kradzież pięciu dolarów. To, co dzieje się z nim za murami więzienia, prowadzi do tragedii i procesu, który staje się czymś więcej niż próbą osądzenia jednego człowieka. Na ławie oskarżonych symbolicznie zasiada również system, który zamiast resocjalizować, potrafi bezlitośnie niszczyć.
Kevin Bacon jest znakomity. Jego bohater to człowiek złamany przez cierpienie, którego dramat aktor pokazuje bez zbędnego szarżowania. Christian Slater jako młody adwokat próbuje przebić się przez mur obojętności, a Gary Oldman doskonale odnajduje się w roli przedstawiciela więziennej władzy. Trudno o lepszą obsadę do takiej historii.
Owszem, film chwilami mocno gra na emocjach, a niektóre rozwiązania pachną hollywoodzkim melodramatem. Nie zmienia to jednak faktu, że całość wciąga i potrafi porządnie poruszyć. Największą siłą tej opowieści jest zaś świadomość, że zło nie zawsze ma twarz szaleńca. Czasami nosi mundur, powołuje się na przepisy i jest przekonane, że wszystko robi w imię porządku.
„Morderstwo pierwszego stopnia” to film, który przypomina, że prawo i sprawiedliwość nie zawsze idą pod rękę. I choć nie jest to horror, pod względem ludzkiego okrucieństwa niejeden dreszczowiec mógłby się od niego czegoś nauczyć.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz