Lubię horrory, w których punkt wyjścia jest prosty, ale niepokojący. Dziecko znika bez śladu. Ojciec zaczyna szukać odpowiedzi. W tle pojawia się seryjny morderca, który odsiaduje wyrok, a mimo to ktoś najwyraźniej kontynuuje jego dzieło. Do tego Robert De Niro i tajemniczy Szeptacz, którym od lat straszy się dzieci. Trudno się na to nie skusić.
I „Szeptacz” (The Whisper Man USA, Wielka Brytania 2026) rzeczywiście okazał się całkiem niezłym horrorem. Tylko że cały czas miałem wrażenie, że mógł być znacznie lepszy. Najbardziej podobała mi się atmosfera. Film nie pędzi od jednej sceny straszenia do drugiej. Zamiast tego buduje napięcie i powoli odsłania kolejne elementy historii. Jest mrocznie, jest kilka naprawdę dobrych momentów i przede wszystkim jest poczucie, że za tym wszystkim kryje się coś znacznie gorszego, niż początkowo się wydaje.
Sam Szeptacz to zresztą bardzo dobry pomysł. Taki współczesny potwór z dziecięcej opowieści. Ktoś, o kim mówi się szeptem, a którego obecność zaczyna coraz mocniej przenikać do rzeczywistości. I właśnie tutaj film najbardziej zbliża się do horroru, który lubię.
Problem w tym, że „Szeptacz” chwilami jakby sam nie wiedział, czym chce być. Horrorem, thrillerem, kryminałem czy opowieścią o rodzinnych traumach. Wszystkiego jest po trochu. I choć poszczególne elementy działają, całość nie zawsze trzyma odpowiednie tempo.
Robert De Niro? Dobrze się go ogląda, choć nie jest to rola, dzięki której nagle przypomnimy sobie, dlaczego kiedyś był jednym z największych aktorów kina. Ale pasuje do tej historii. Jest zmęczony, trochę zgorzkniały, obciążony przeszłością. I właściwie trudno wyobrazić sobie kogoś lepszego do zagrania człowieka, który przez lata nosi w głowie sprawę, której nigdy do końca nie udało mu się zostawić za sobą.
Podoba mi się też to, że film nie próbuje wszystkiego wyjaśnić w pierwszych dwudziestu minutach. Dzisiaj to już niemal zaleta sama w sobie. Twórcy zostawiają trochę miejsca na tajemnicę, a widz może sobie zadawać pytanie, gdzie kończy się rzeczywistość, a zaczyna legenda. Tylko że… Chciałem się bać bardziej.
I to jest największy zarzut, jaki mam do „Szeptacza”. Film ma wszystkie składniki potrzebne do stworzenia naprawdę mocnego horroru, ale nie zawsze potrafi je wykorzystać. Jest pomysł, jest klimat, są dzieci, jest seryjny morderca, jest tajemnicza postać, która może pojawić się tam, gdzie nikt jej nie oczekuje. A jednak po seansie nie zostało we mnie to charakterystyczne uczucie, które czasem daje naprawdę dobry horror.
Nie żałuję jednak czasu spędzonego z tym filmem. Wręcz przeciwnie. „Szeptacz” jest całkiem niezły. Ma kilka bardzo dobrych scen, niezły klimat i historię, która potrafi wciągnąć. Po prostu liczyłem na coś więcej.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz